• A A A

Kto lepszy, ten pierwszy

04.09.2020

Afera grantowa – pod taką nazwą funkcjonuje w mediach głośna w ostatnich dniach sprawa nieprawidłowości w przyznawaniu dotacji antykryzysowych dla przedsiębiorców przez wojewódzkie agencje rozwoju przedsiębiorczości. Największe problemy odnotowano w Wielkopolsce, ale również w innych województwach przedsiębiorcy wskazywali na poważne uchybienia. Media, w tym portal money.pl szeroko opisują całą sprawę. W skrócie chodzi o problemy ze składaniem online wniosków o pomoc. Wnioski miały być przyjmowane według kolejności zgłoszeń. W przypadku niektórych województw nabór (nawet kilkudziesięciu tysięcy) wniosków zakończył się w czasie jednej minuty, a o kolejności zgłoszeń decydowały tysięczne części sekundy. Podejrzewa się, że część przedsiębiorców skorzystała z pomocy botów, czyli programów, które automatycznie składają wnioski przez Internet przyśpieszając cały proces. Niektóre firmy oficjalnie reklamowały się z tą formą „wsparcia” przy aplikowaniu o dotacje. Padają i mocniejsze oskarżenia, sugerujące, że niektórzy mieli dostęp do serwerów na minutę przed odpowiednim złożeniem wniosków.
O sprawie będzie zapewne jeszcze przez jakiś czas głośnio, trwają obecnie ustalenia, co właściwie się stało, a w wyjaśnianie nieprawidłowości włączyli się marszałkowie, eurodeputowani, prokuratura itd.

Cała ta historia to kolejny przykład problemów, jakie powoduje stosowanie przy aplikowaniu o dotacje UE zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Problem nie jest oczywiście nowy. Jeszcze przed nastaniem ery informatyzacji w administracji ubieganie się o wsparcie w formule otwartej wiązało się z koniecznością „odstania” nawet kilkunastu dni w kolejce. Ponoć jednym ze stosowanych wtedy trików na uniknięcie przypominających czasy PRL kolejek było wysłanie wniosku kurierem. Dzisiaj rolę kuriera zastępują internetowe boty – programy, które „usprawniają” komunikację z systemami instytucji dających dofinansowanie. I o ile tradycyjne kolejki zapewniały transparentność (marny był zapewne los tego, który próbowałby złożyć wniosek poza kolejką), to w przypadku komunikacji elektronicznej stosowanie zasady „kto pierwszy” staje się coraz bardziej problematyczne. Brak dostępu do platform z powodu przeciążenia, wspomaganie się botami – to tylko kilka z całej gamy problemów, które zgłaszane są przy okazji internetowych konkursów na granty.

Warto wspomnieć, że na Zachodzie zasada ta funkcjonuje m.in pod nazwą „first come, first served” i  – jak podają niektóre źródła – w tym brzmieniu była upowszechniona w XIX wieku przez środowisko handlowców. Hasło to miało przekonać klientów, że muszą działać szybko albo stracą okazję. Ponadto gwarantowała, że klienci będą obsłużeni, jako pierwsi bez względu na status społeczny czy znajomości. Z powodzeniem działa do dziś w handlu, czasem w wynaturzonej formie, czego ilustracją są szturmy na placówki handlowe w dniach promocji.

Dzięki swojej prostocie i brakowi zbędnego formalizmu reguła ta jest stosowana często przy aplikowaniu o unijne granty. Wszyscy (poza tymi, którzy dotacji nie dostali) są zadowoleni. Beneficjenci, bo szybko mogą złożyć wniosek i otrzymać pieniądze, urzędnicy, bo nie muszą weryfikować wniosków pod kątem spełniania rozmaitych kryteriów. Cieszy się też Bruksela – bo taki model przyjmowania wniosków usprawnia wydawanie środków w ramach funduszy UE.

Problem w tym, że wraz z rozwojem komunikacji internetowej coraz bardziej problematyczne jest znalezienie sposobu na to, aby znaleźć się na czele kolejki. Przekonać się mogą o tym nie tylko przedsiębiorcy, ale też fani muzyki, którzy chcą kupić przez internet bilet na koncert czy wreszcie  miłośnicy piłki nożnej próbujący kupić bilety na mundialowe mecze. Zanim zdołają „przebić się” do systemu okazuje się, że kilkadziesiąt tysięcy biletów rozeszło się w kilkadziesiąt sekund. I jak tu być tym pierwszym i lepszym?

Oczywiście istnieją pewne zabezpieczenia przed stosowaniem nieuczciwych metod (np. botów), na rynku dostępne jest również oprogramowanie do obsługi kolejek i wiele innych rozwiązań informatycznych. Ale afera grantowa, niezależnie od jej finału, to dobry pretekst do postawienia pytania, czy w przypadku pomocy dla przedsiębiorców, szczególnie w tak trudnym okresie, powinna być stosowana zasada „kto pierwszy”. Czy można w ogóle mówić o sensowności reguły „kto pierwszy, ten lepszy”, jeśli w jednej sekundzie wniosek chce złożyć kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, część z nich jest odrzucana przez przeciążony system a inni stosują boty? W tym kontekście ciekawe jest np. to, że Komisja Europejska na swojej oficjalnej stronie informującej o zasadach działania Funduszu Solidarności UE COVID-19 pisze, że chce by przedsiębiorcy byli traktowani sprawiedliwie i przy podziale środków nie będzie stosowana zasada „kto pierwszy” (Commission wants to make sure all COVID-19 applications are treated fairly – there is no ‘first come first served’ principle). Czyli to oznacza, że zdaniem Komisji jest to niesprawiedliwa zasada?

Czy można jednak zagwarantować uczciwość przy internetowym składaniu wniosków? Istnieje zapewne wiele technicznych możliwości, aby ograniczyć nadużycia. A może rozsądnym rozwiązaniem byłaby jakaś forma losowania? Przecież obecny sposób składania wniosków, gdy wszyscy w tym samym momencie klikają „wyślij” niewiele różni się od loterii.

Jako ciekawostkę można wspomnieć, że naukowcy z Uniwersytetu Południowej Danii w latach 90-tych badali problem tworzenia się kolejek. Z ich analiz wynikało m.in., że skłonność ludzi do wcześniejszego ustawiania się w kolejce w efekcie wydłuża czas oczekiwania. Paradoksalnie, odwrócenie tradycyjnej zasady i zastosowanie reguły „kto ostatni, ten lepszy” skróciłoby ten czas. A może spróbować zastosować tę zasadę w konkursach o dotacje?

Wiadomo, że znajdą się zwolennicy i krytycy każdego z rozwiązań. Być może obecna „afera” przyczyni się do zwrócenia uwagi na ten problem i skłoni do poszukiwania jakiegoś rozwiązania. Do tego czasu kolejne konkursy o granty, prowadzone na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy” będą kończyć się wielką awanturą. Chyba, że doczekamy czasów, gdy pieniędzy na dotacje wystarczy dla wszystkich chętnych. Na to jednak trudno liczyć.

Grzegorz Stańczak