• A A A

Komu przeszkadza sukces polskich gier

30.08.2019

Polscy producenci gier komputerowych od kilku lat coraz śmielej szturmują światowe rynki. Media na bieżąco informują o oczekiwaniach niecierpliwych graczy z całego świata na kolejne polskie produkcje. Firmy te rosną w siłę. W ubiegłym roku Forbes wyceniał wartość 25 największych spółek w branży na 26,2 mld złotych. Sukces ten nie uszedł uwadze władz – przedstawiciele rządu chętnie ogrzewają się w cieple tej sławy wychwalając sukcesy branży i nie szczędząc jej wyszukanych komplementów. To nie tylko poklepywanie po plecach. Produkcja gier jest traktowana priorytetowo na liście polskich specjalności eksportowych i może liczyć na wsparcie finansowe w ramach rządowych programów. Przykładem może być m.in. program GameINN czy ARP Games, dzięki któremu do polskich firm trafiły miliony złotych na inwestycje w rozwój. Wspieranie producentów gier stało się „modne”. Nic w tym złego, dopóki nie pojawiają pomysły, które, mówiąc oględnie, budzą sporo kontrowersji.

„Rząd wraca do tematu ulg podatkowych dla twórców gier” – informowały niedawno serwisy internetowe. Chodzi tutaj o przygotowywaną od dłuższego czasu przez ministerstwo kultury ustawę, która wprowadzi ulgę podatkową dla twórców tzw. gier kulturowych. Czyli takich, które wykorzystują polski lub europejski dorobek kulturowy, mają kulturotwórczy lub innowacyjny charakter i będą realizowane na terytorium Polski siłami polskich lub europejskich programistów. Gry, które będą ubiegać się o ulgę, będą musiały przejść tzw. test kulturowy, po którym urzędnicy ministerstwa zdecydują, czy gra jest kulturowa i czy kwalifikuje się od ulgi.

Jaki cel mają nowe przepisy? Z uzasadnienia do projektu dowiadujemy się m.in., że obecnie na rynku gier „rolę dominującą w zakresie rozpowszechniania wzorców i treści kulturowych z wykorzystaniem gier wideo odgrywają obecnie producenci z USA i Chin”. Nowe przepisy mają, więc spowodować „szersze docieranie do odbiorców z przekazem kulturowym ważnym z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej” (a przekładając to na bardziej ludzki język, mają pozwolić na wykorzystanie popularnych gier do promocji Polski i pośrednio, sukcesów rządu). Mają również zachęcić producentów, aby korzystali z usług rodzimych (oraz europejskich) programistów zamiast zlecać je podwykonawcom z Dalekiego Wschodu. Projektodawcy powołują się na podobne rozwiązania funkcjonujące m.in. w Wielkiej Brytanii i we Francji.

Projekt był kilka miesięcy temu szeroko konsultowany. Bardzo trzeźwe stanowisko przedstawiło wtedy Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Pisze ono m.in., że cześć gier odnosi sukcesy ze względu na swoją mechanikę a nie treści kulturowe. Dlatego wsparcie nie powinno zależeć od kryterium „kulturowości” – odbiorcy gier logicznych, wyścigowych nie oczekują przecież nawiązania do dorobku kulturowego.

Wątpliwości wobec projektu było znacznie więcej. Najważniejsza dotyczy tego,  kto (urzędnik resortu kultury) i na podstawie, jakich kryteriów będzie decydował, co należy, a co nie należy do dorobku kulturowego, czy to polskiego czy europejskiego. Efekt będzie taki, że w dobie zażartych sporów światopoglądowych stworzy się kolejną platformę do prowadzenia awantur, która gra jest „polska”, a która nie jest. Pomimo tych zastrzeżeń walec legislacyjny jedzie dalej.

I kilka zdań wyjaśnienia powodów, dla których wspominamy o ministerialnym projekcie dla gier kulturowych. Wydawać by się mogło, że akurat produkcja gier komputerowych to działalność, której większość kibicuje i która zasługuje na wspomagające rozwój wsparcie finansowe państwa (oczywiście sensowne wsparcie). I nie powinno to budzić kontrowersji. Ale budzi. Przykro na to patrzeć, ale wokół rozwoju tej branży pojawia się sporo, czasem absurdalnych, poglądów, koncepcji itd. A to komuś przeszkadza, że premier chwali sukcesy producentów gier, (bo akurat jest z tej a nie innej opcji politycznej). A to komuś nie pasuje dofinansowanie publicznymi środkami producentów gier (w 2017 Forum Obywatelskiego Rozwoju przekonywało, że rząd dostarczając firmom tanie finansowanie walczy z nieistniejącym problemem finansowym, jednocześnie ignorując prawdziwe bariery hamujące rozwój branży). Ktoś inny (chodzi oczywiście o opisany tutaj projekt ministerstwa kultury) wymyśli program dotacji dla gier kulturowych nie dając jasnych kryteriów „kulturowości” i nie uzgadniając pomysłu z innymi resortami (Ministerstwo Finansów jest przeciwko nowym ulgom dla gier kulturowych). Jeszcze inni będą przekonywać, że ulgi dla gier kulturowych to wymuszanie produkcji gier „patriotycznych” i krzewienie nacjonalizmu.

Śledząc te dyskusje i analizując niektóre pomysły na wspieranie produkcji gier trudno czasem uciec od refleksji, że najlepiej dla branży byłoby, aby nikt się do niej nie mieszał i nie przeszkadzał jej w spokojnym rozwoju. Ani rząd, ani media, ani eksperci. Może sama najlepiej sobie poradzi.

GS

Powrót >