• A A A

Czerwiec był jakiś taki… dziwny…

06.08.2019

W najbliższych dniach rozpocznie się publikacja danych o stanie polskiej gospodarki w lipcu. Będą one z ogromną uwagą analizowane przez wielu analityków i komentatorów. Pozwolą bowiem, rozeznać się, czy dane opisujące rzeczywistość czerwca faktycznie pokazywały „początek końca”, czy nieprzewidziane pojedyncze fluktuacje.

Trzęsienie ziemi przyniosły dane o wynikach przemysłu w czerwcu. Dość powszechnie oczekiwano, że po doskonałym maju, kiedy to produkcja okazała się o 7,7% wyższa od zanotowanej przed rokiem, powinna przyjść korekta. Miała być ona dość głęboka ze względu na niekorzystne różnice w czasie pracy. Roczna dynamika sprzedaży miała obniżyć się i wynieść około 2% – 3% na plusie. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie gorsza, sprzedaż była o aż 2,7% niższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W naturalny sposób najbardziej przebijały się w mediach katastroficzne komentarze wskazujące, że wreszcie w pełnej krasie uwidoczniły się negatywne skutki spowolnienia, jakie dopadło Niemcy, naszego największego partnera handlowego. Co ciekawe, problemy ze zbytem zdawały się potwierdzać informacje o cenach przemysłowych. Spadły one w czerwcu przeciętnie o 0,4% (w przetwórstwie najbardziej utożsamianym z eksportem nawet o 0,5%), a roczny ich wskaźnik uległ ponownemu obniżeniu – tym razem do ledwie 0,6% z 1,4% w maju i 2,9% notowanych jeszcze w lutym (w przetwórstwie odpowiednio do 0,3% z 1,1% w maju i 2,6% w lutym).

Z takimi wynikami przemysłu spójne były dane o zmianie płac w sektorze przedsiębiorstw. Co do zasady po czerwcu oczekuje się mocnego, sięgającego często 3% wzrostu płac. Ma on dwa podłoża. Po pierwsze w miesiącu tym wypłacanych jest sporo ruchomych części uposażenia, takich jak premie czy nagrody. Po drugie, lepiej wychodzą rozliczenia pracowników w akordzie (między innymi ze względu na dłuższy niż w poprzednim miesiącu czas pracy). Tymczasem czerwcowy wzrost płac wyniósł ledwie 0,9%, a roczna ich dynamika obniżyła się z 7,7% w maju do 5,3%.

Ciekawiej natomiast zrobiło się wraz z prezentacją danych o wynikach budownictwa. Produkcja budowlano-montażowa, choć wzrosła w czerwcu sezonowo o 9,3%, to jednak wyraźnie mniej, niż się spodziewano, nawet przy uwzględnieniu tego, że czas pracy prezentował się mało korzystnie. Roczna dynamika sprzedaży miast osiągnąć dodatnie 4 – 5% okazała się ujemna na poziomie -0,7%, wobec 9,6% z maja i 17,4% z kwietnia. Na pozór dane te współgrały z wcześniejszymi o wynikach przemysłu. Ale przecież na przemysł miała rzutować pogłębiająca się zapaść u naszych głównych partnerów i regres w eksporcie. Jak więc do tego ma się mieć wynik budownictwa, dla którego pomyślność koniunktury u naszych głównych partnerów handlowych jest trzeciorzędna i w dodatku działa z mocnym opóźnieniem?

Że to wszystko nie przypadek, przekonywały też wyniki  handlu detalicznego i hurtowego. Sprzedaż detaliczna w czerwcu wzrosła jedynie o 1,5% zamiast bardziej typowych 3% – 4%. W konsekwencji roczna dynamika sprzedaży (w ujęciu nominalnym) obniżyła się do 5,3% z 7,3% w maju i wobec 13,6% z kwietnia. W przypadku handlu hurtowego korekta wyglądała jeszcze bardziej spektakularnie, bo w ujęciu miesięcznym sprzedaż spadła o 6,0% (zamiast sezonowo wzrosnąć o 4% – 6%) co roczną dynamikę sprzedaży zbiło do wartości ujemnych -2,6% z dodatnich 9,3% w maju i 14,2% w kwietniu.

Najwyraźniej na wynikach całej gospodarki (poza krótszym czasem pracy) zaważyło coś jeszcze. Nie był to więc jedynie osamotniony impuls związany z korektą popytu zagranicznego (który oczywiście też mógł mieć wpływ, ale nie tłumaczył wszystkiego).

Co mogło być, więc „tym czymś”? Może dłuższy, niż wynikałoby to z kalendarza długi weekend (zaczynający się szybciej niż w czwartek 20 czerwca). Może były to wcześniej niż zwykle zaczynające się wakacje szkolne, (więc i wcześniej rozpoczynający się sezon na urlopy). Myśląc o wynikach czerwca nie wolno zapominać, iż wcześniejsze – majowe – przyjęto jako lepsze od spodziewanych. Być może poprawiło je odrobinę szybsze ekspediowanie dostaw, których część przypadła jeszcze na ostatnie dni maja, nie zaś tradycyjnie na pierwsze dni czerwca.

Dane lipcowe powinny rzucić na to wszystko więcej światła. Słabe, gorsze od spodziewanych, mogą świadczyć o tym, że faktycznie widoczne są skutki spowolnienia u naszych głównych partnerów handlowych i trzeba się przyzwyczaić do dłuższego okresu hamowania naszej gospodarki. Przyzwoite – pokazywać będą, że statystyki czerwcowe to wciąż jedynie nieznaczący „wypadek przy pracy”.

 

Piotr Soroczyński

 

 

Powrót >